Wiesław Matuch

Migawki z mojego życiorysu, jako wstęp do Księgi „Wiedza Ojca Pio”

Wiesław Matuch

2019

 

Urodziłem się w małym miasteczku Kolbuszowej koło Rzeszowa. Data moich urodzin 02.02.1958r.  Chciałem jednak powiedzieć, że decyzja urodzenia się w Polce zapadła dużo wcześniej, jeszcze przed narodzinami. Ale o tym nieco później, kiedy w kilku zdaniach opowiem moją historię związaną z Ojcem Pio i paroma duszami z dawnych wieków. Jeszcze uprzedzę, że moja droga usłana jest „wielką księgą wielkich przygód”. Wynika ona z tego, abym mógł zrozumieć siebie i innych. Nigdy w niczym nie miałem złych intencji, i niczego złego świadomie nie uczyniłem. Tak po prostu było zorganizowane moje życie na ziemi. Swoją drogę okryłem już jako młody człowiek. Nie sam. Pomogli mi w tym zwykli ludzie, mistycy i naukowcy z tego i tamtego świata. Świadomie realizuję mój film z zaświatów, od momentu, kiedy go poznałem. Dogłębne i zasadnicze odkrycie tej drogi nastąpiło w dwóch etapach. W wieku 17 lat, i w Krakowie kiedy ukończyłem 20. Krótko opowiem o tym wszystkim, i dlaczego zacząłem pisać różne refleksje o życiu. W gruncie rzeczy one są najważniejsze, stanowią istotę rzeczy. Nie życiorys. On do tego jedynie posłużył, aby powstały pisma, które mają pomóc wszystkim wędrowcom kosmosu. W całości zadedykowałem je Mamie Jezusa.

 

Jako młody chłopak uwielbiałem rowery i motory. Lubiłem je naprawiać razem z moimi z braćmi. Ojciec był mechanikiem samochodowym. Więc trochę się podszkoliłem w rozumieniu działania silników. Po ukończeniu szkoły podstawowej poszedłem do zawodówki o profilu zegarmistrzowskim. Później jednak wybrałem się do liceum samochodowego. Nie ukończyłem go. Stało się coś, czego nie mogłem się spodziewać. Podjąłem całkowicie inną decyzję. Chodziłem na spotkania przedmałżeńskie jako 17 latek, bo nie było nic innego w parafii. Niestety jedyny chłopak w grupie dziewcząt o wiele starszych ode mnie. Spotkania co tygodniowe prowadziła bardzo ładna 30 – letnia zakonnica. Widziała, że jestem refleksyjny, zadaję pytania, itd. Przyglądała się mi szczególnie. Po niespełna roku zapytała, czy nie chciałbym wstąpić do zakonu. A ja doznałem nagle olśnienia i odpowiedziałem jej:  „oczywiście, chcę”. No i się zaczęło. Dostałem od proboszcza książkę o św. Stanisławie Kostce. Przeczytałem ją ze łzami w oczach. Już było pewne, że się zdecyduję pójść do zakonu Jezuitów w starej Wsi koło Brzozowa. Wstąpiłem do nowicjatu. Byłem zachwycony. Dwa lata uczty duchowej. Dyscyplina jak w wojsku, a nawet bardziej. Co dzień msze, medytacje, refleksje po południu i praca w ogrodzie. Książki. Olbrzymia biblioteka do przeczytania. Z wszystkiego tego bogactwa duchowego mogłem korzystać. Żyć nie umierać… Byłem szczęśliwy. Współbracia grzeczni, koleżeńscy. Wykazywałem się gorliwością i sumiennością. Mistrz duchowy ( magister) był ze mnie bardzo zadowolony. Po nowicjacie wysłano mnie do Krakowa. Pracowałem w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy, na Kopernika 26. Najpierw w księgowości a potem w księgarni, jako ekspedient. Sprzedawałem książki i dewocjonalia. Zaznaczę, iż nie miałem pragnienia być księdzem, ale skromnym braciszkiem zakonnym. I przy tym pozostałem. Z klerykami założyłem zespół muzyczny o nazwie INIGO. Jeździliśmy po parafiach i graliśmy na mszach, a po nich mini koncerty piosenek religijnych. Mam kilka zdjęć pamiątkowych.

 

W pewnym momencie poznałem starszego ode mnie o 30 lat, braciszka zakonnego – Ludwika. Od tego momentu moje życie intelektualne i duchowe radykalnie się zmieniło. Przypadłem Ludwikowi. Zaprzyjaźniliśmy się. Dużo rozmawialiśmy o hinduizmie, o reinkarnacji, itd. On to wszystko wiedział. W końcu powiedział mi rzecz, na którą od dawna podświadomie czekałem. Oznajmił mi, że w Nowej Hucie koło Krakowa, można rozmawiać z Ojcem Pio przez panią Krystynę. Jak to, spytałem? Ale bez zastanawiania się, od razu uwierzyłem i zapragnąłem tych rozmów. Jak się potem dowiedziałem, Ludwik wcześniej pytał Ojca Pio, czy może mnie wprowadzić na rozmowy z nim. Ojciec się zgodził. Ludwik był przeszczęśliwy z tego powodu, że Ojciec Pio nie odmówił. Nie każdy jednak mógł rozmawiać. Były zakonnice, którym Ojciec odmówił, bo nie wierzyły. Przez pierwsze pół roku Ludwik zaproponował mi, abym zadawał pytania do Ojca Pio listownie. Pisałem na kartce pytania, Ludwik brał je ze sobą na rozmowę z Ojcem, i albo Ojciec od razu odpowiadał, albo list zostawiał pani Krystynie. Po kilku dniach miałem odpowiedzi. Do dziś jeden list zachowałem. Resztę spaliłem, gdyż bałem się, że sprawa dojdzie do przełożonych i mnie wyrzucą z zakonu. Ojciec potem powiedział mi, że dobrze zrobiłem. Ludwik tak samo ukrywał wszystko przed przełożonymi. Za jakiś czas okazało się, że mój przełożony tak samo rozmawiał z Ojcem Pio w Nowej Hucie.

Po dłuższym czasie Ludwik mi oznajmił, że pora na bezpośrednia rozmowę z Ojcem Pio. No i pojechaliśmy. Zwyczajna na początku rozmowa z Panią Krystyną, lecz po chwili w rozmowę włączył się Ojciec Pio. Krystyna siedząc zrobiła miły grymas zamykając jednocześnie oczy i wszedł w nią Ojciec Pio. Przeżegnał się i usłyszałem z Jego ust, „pokój z tobą”. Zaczęła się rozmowa. Najpierw powiedział mi, że bardzo tęsknił i czekał na rozmowę ze mną. Co dalej było to tylko płacz i takie tam… Niesamowite przeżycie. W tej pierwszej rozmowie, Ojciec Pio opowiedział mi całe moje przyszłe życie. Nakreślił mi profil tego, po co tu jestem na ziemi i co będę robił. Dodał: będzie to „wielka księga wielkich przygód”. Powiedział, że muszę przejść przez wszystkie stany, aby zrozumieć innych ludzi. I że posłało mnie tu całe Niebo. Najważniejsze co powiedział, to to, że muszę pisać, pisać, pisać. Krótkie myśli, zwięzłe, prostym językiem. Pisać nowe rzeczy, nie tylko to, co już zostało napisane w kościele. Pomyślałem, co ja mam pisać, jak nic nie wiem?!  I faktycznie przez blisko rok nie tknąłem się pióra. A Ojciec na każdej następnej rozmowie przypominał, upominał bym w końcu zaczął pisać. Oporny byłem okropnie. W końcu Ojciec doradził mi, żebym wziął do reki jakieś książki, pogrzebał w nich i na końcu coś po swojemu napisał. Faktycznie pomogło. Nagle zacząłem pisać i to nawet wiersze. Sprawiało mi to ogromną radość. Tym sposobem zacząłem przygodę z pisaniem. Na innej rozmowie Ojciec powiedział: „gdy nie będziesz pisał to zwariujesz”. Muszę przyznać po latach, że miał rację. Zmuszano mnie do pisania poprzez niezadowolenie z siebie, gdy tylko przestawałem pisać. Podczas pisania – byłem prawie w Niebie. Pisarzem nie jestem, a się okazuje, że piszę. Nadziwić się temu do dziś nie mogę.

 

Na rozmowy Ojciec Pio przyprowadzał wielu świętych. Rozmawiałem prawie z wszystkimi głównymi naszego kościoła. Między innymi z siostrą Faustyną, królową Jadwigą, Teresą Wielką, Janem Bosko, Michałem Archaniołem (powiedział mi: „ze wszystkich, mnie najbardziej będziesz potrzebował, przynoszę ci siedem mieczy”), z Franciszkiem z Asyżu, który określił się jako mój pierwszy Patron, a z którym umówiłem się wiele żyć wstecz. Konkretnie 1500 lat temu.  Jednocześnie powiedział, że nie ważne czy będę w sutannie, czy w spodniach, czy będę w zakonie czy poza nim. I tak zrobię to, co mam do wykonania. Dodał: ”Bóg dotrzymuje słowa”. Jan Bosko i Teresa wielka z Avila powiedzieli mi, że będą nieustannie przy moim pisaniu, w mojej głowie. Dlatego tak lekko przyszło mi pisanie o wielkich rzeczach.

Mając 24 lata zdecydowałem opuścić zakon, bo się czułem w nim za ciasno. Ludwik był bardzo za tym, abym sobie ułożył inne życie. Więc się ożeniłem, żeby zaznać gniazdka rodzinnego. Nadal jednak pisałem nieustanne. Ojciec Pio powiedział, że chce zostać dziadkiem. Został nim. Mam dwoje dzieci, Wandzię i Sławka. Wychowałem je, jak potrafiłem. Ukończyłem zaocznie technikum rolnicze. Pracowałem całe życie, między innymi, jako Operator maszyn cyfrowych w Zeto Wrocław. No, ale czekała mnie kolejna przygoda. Po 25 latach małżeństwa rozwiodłem się, raczej z mojej winy. Zrzekłem się domu na rzecz dzieci. I teraz jestem sam, wolny, mogę pisać i dalej spełniać boskie idee. Zapowiedziana „wielka księga wielkich przygód” spełnia się. Jeszcze zostało mi trochę lat. Ojciec Pio powiedział, że będę długo żył, bo będę potrzebny. Więc zapewne pojawią się kolejne przygody. Moją główną jednak misją i przygodą było napisanie i wydanie tej Księgi, co ma blisko dwa tysiące stron. By i po mojej śmierci można było z tej wiedzy korzystać – jak mi powiedział Ojciec Pio. „Choćbyś pomógł jednej duszy, to już bardzo dużo, a ty możesz pomóc wielu” – dodał.

Z Ojcem Pio rozmawiałem przez jakieś 35 lat. Przekazał mi ogrom duchowej wiedzy. Wszystko to zawarłem w moich pismach. Cytuję w nich niektóre bezpośrednie wypowiedzi Ojca Pio. Kazał mi te wszystkie pisma zadedykować Matce Jezusa. Tak więc czynię. W Księdze „Wiedza Ojca Pio”, umieściłem dużo różnych myśli o życiu, kościele, świecie, kosmosie. O przyczynach i skutkach, o duszy i ciele, o cnocie, nawykach i „grzechu”, a głównie o Miłości, bo o tym zasadniczo Ojciec Pio kazał mi pisać. Księgę można czytać wyrywkowo, gdziekolwiek się otworzy. Jest tam zawarta mała całość. Myśli są z różnych lat, ale ostatnio szlifowane na nowo przeze mnie, po to, by jeszcze bardziej oddać klimat wiedzy, jaki towarzyszył moim rozmowom z Ojcem Pio.

 

Na zakończenie mojego migawkowego życiorysu chciałem dodać informację, że na rozmowy z Ojcem Pio przyjeżdżało mnóstwo ludzi przez 50, albo i więcej lat. Rozmowy odbywały się za Jego życia na ziemi, i po śmierci. Gdy Ojciec Pio umarł, ja miałem zaledwie 10 lat. Pierwsza moja rozmowa odbyła się w Nowej Hucie, kiedy osiągnąłem wiek 20. Poprzedziły ją listy z pytaniami, na które Ojciec udzielał odpowiedzi tysiącom ludzi, w tym i mnie.